Malezja/Podróże dalekie/Podróże w myślach i wspomnieniach/zabawne wspomnienia

Malezja (3) – Jak oszukaliśmy malajskiego taksówkarza…

Od razu na wstępie wyjaśnię – jestem człowiekiem ze wszech miar uczciwym. Płacę regularnie podatki, odnoszę znalezione portfele (zdarzył mi się taki jeden raz), zwracam pieniądze, jeśli kasjerka się pomyliła. Potępiam kradzież i oszustwo całą duszą, sercem i rozumem.

Jednak rzecz działa się w Malezji, w kraju, w którym reguły zaczynają być względne, a z człowieka wychodzą najgorsze instynkty.

Byliśmy (z mężem i dziecięciem) w Kuala Lumpur i nastał czas wyborów. Wyborów Prezydenta Polski. Nie jesteśmy jakoś specjalnie polityczni, ale urząd prezydencki szanujemy, przysługujące nam prawo do głosowania również, więc podjęliśmy decyzję o oddaniu głosu w polskiej ambasadzie.

Przed hotelem napatoczyła się taksówka, sztuk: 1. Kierowca – niestety desi (czyli przedstawiciel narodowości pakistańskiej/bangladeskiej/hinduskiej) – od razu oznajmił, że nie włączy licznika. Zapytany, ile sobie policzy za kurs do polskiej ambasady (nie podaliśmy adresu), wymienił niebotyczną kwotę, przy czym – ku mojemu zdumieniu – mój mąż bez protestu na nią przystał. Wściekła na taksówkarza (bo wstrętny oszust) i na męża (że dał się okantować) wsiadłam do taksówki z dziecięciem i … walczę z emocjami. Zaraz eksploduję, bo naprawdę czuję węża w kieszeni!

Taksówkarz otrzymał instrukcję, że ma nas zawieźć do polskiej ambasady, która prawdopodobnie – według malajskiej informacji turystycznej – mieści się tu [dziwna nazwa ulicy? dzielnicy?]. Taksówkarz ucieszony, bo kurs w zasięgu rzutu jajkiem, ja wściekła, mąż wyłączony, a dziecię śledzi widok za oknem…

A więc jedziemy. Bliziutko, wniosek: taksówkarz ewidentnie nas orżnął. Wjeżdżamy do dzielnicy ambasad. Zaraz ma być polska, ale mijamy hiszpańską, kuwejcką, indonezyjską i nic. Więc podążamy dalej: ambasada duńska, austriacka, wietnamska, japońska. I nic. Taksówkarz zaczyna okazywać niepokój, pyta różnych cieciów pilnujących ambasad, a oni udzielają sprzecznych informacji – Trzeba jechać do ambasady Ghany, tuż obok jest polska… nie, nie Ghany, ale Chorwacji… Nie Chorwacji! Przy duńskiej ambasadzie jest polska.

Więc jeździmy. Już dziesięć razy wcześniej wysiedlibyśmy z taksówki i poszukali na własną rękę, ale zaczął padać deszcz monsunowy. A taki deszcz to nie przelewki. Leje jak z cebra, teraz tak będzie przez godzinę, albo i dwie. Więc tkwimy w przytulnym samochodzie, skręcamy raz w lewo, raz w prawo i powoli konstatujemy, że koszt kursu „do polskiej ambasady”, w pełnym deszczu, wcale nie jest dla nas taki krzywdzący… Kierowca powoli dochodzi do tego samego wniosku – dał się, naiwniak, oszukać! I zamiast postąpić po europejsku – skontaktować się z bazą lub Internetem, sprawdzić/potwierdzić adres polskiej ambasady i po prostu nas tam zawieźć, desi podejmuje działania zgodne ze swoją mentalnością. Kluczymy więc w tę i nazad, dopytujemy każdego ciecia pilnującego poszczególnych ambasad, potem przypadkowych, uciekających przed deszczem przechodniów, a nawet – wycieczkę zakonnic o wyglądzie ewidentnie nietubylczym. Kierowca z uporem maniaka kieruje się własną logiką i forsuje swoje rozwiązania. Więc jeździmy po Kuala Lumpur już drugą godzinę, ale wcale z mężem i dziecięciem nie kwapimy się do opuszczenia suchej taksówki, bo pompa z nieba nie ustaje, a i tak nie mamy co robić. A licznik nie bije, bo mamy cenę ustaloną – fixed price. Taksówkarz jest wściekły, my udajemy, że nie czytamy jego komunikacji niewerbalnej, a deszcz ciągle leje tak, że psa z domu nie wyrzucisz.

A potem, jak to bywa w klimacie równikowym, deszcz nagle ustaje i wychodzi słońce. Kierowca po raz kolejny molestuje ciecia przy chorwackiej ambasadzie, a mąż sprawdza w Internecie, czy adres polskiej ambasady, uzyskany w malajskiej informacji turystycznej, jest prawdziwy. I okazuje się, że nie! (też mi zaskoczenie). Więc podajemy naszemu kierowcy nowy adres, a on jak po sznurku zawozi nas do białego budynku z kolumnami. Płacimy za kurs jakieś grosze – zważywszy na czas jazdy po mieście i odległość, i rozstajemy się z kierowcą z niekłamaną satysfakcją, że w końcu to NAM udało się kogoś w Malezji naciągnąć.

A potem ciemnoskóry odźwierny spontanicznie wita nas radosnym „Cień dobli”, białe, eleganckie, chłodne wnętrze z fortepianem, polska flaga i kochany, znany od urodzenia język. Moment wzruszenia, bo od dłuższego czasu rozmawiamy tylko ze sobą, a tu ktoś nas w mowie ojczystej pyta, z jakiego miasta jesteśmy, inny ktoś mówi o chorobach, pani z komisji wyborczej opowiada o przebytej dendze.

Dziecię głosuje w polskiej ambasadzie w Kuala Lumpur

Dziecię głosuje nielegalnie (bo przecież nieletnie i praw wyborczych nie nabyło, ale co tam) w polskiej ambasadzie w Kuala Lumpur

Więc spełniamy obywatelski obowiązek, gawędzimy beztrosko z komisją, wychodzimy. I mamy piękny, słoneczny dzień i satysfakcję, że udało nam się dotrzeć do ambasady i oddać głos, nie zmokliśmy do suchej nitki w monsunowym deszczu, nie musieliśmy biegać po mieście i kupować kolejnego (drogiego, bo sprzedają desi) jednorazowego parasola, a cena, jaką zapłaciliśmy za te korzyści, jest naprawdę atrakcyjna :).

I tak to, mówiąc kolokwialnie „zrobiliśmy w trąbę” zachłannego cwaniaka-taksówkarza.

Polska ambasada w Kuala Lumpur, a w tle wszechobecne Petronas Towers

Polska ambasada w Kuala Lumpur, a w tle wszechobecne Petronas Towers

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s